czwartek, 18 lipca 2013

Sen: koniec




Wbiegłem po schodach zatrzaskując z impetem drzwi. To było już bez znaczenia. To było dawno. To była pomyłka. Najwyraźniej zbyt wiele oczekiwałem. Teraz już sam nie wiem. Popełniłem błąd, zraniłem go. Co z tego, że ja tego chciałem, skoro on nie. Przeszłości nie należy roztrząsać, ale nie potrafiłem inaczej. Chciałem krzyczeć, poczułem kolejną falę bólu. To przekraczało wszelkie granice, nie mogłem dłużej go w ten sposób wykorzystywać.  Rozejrzałem się i sięgnąłem po plecak. Nawet nie było okazji, żeby rozpakować najpotrzebniejsze rzeczy.

Skierowałem się na dół, wybiegając na zewnątrz - przede mną nicość, za mną ciemność. Nie było dokąd uciec, ale musiałem. Każda chwila z nim zbyt wiele mnie kosztowała. Zacząłem biec, prosto przed siebie, na oślep. Nie martwiłem się dokąd mnie to zaprowadzi.

Poczułem czyjeś ramiona kurczowo zaciskające się wokół mnie, usiłowałem się wyrwać, słyszałem Jego cichy szept. Każda prośba, każde Jego słowo działało na mnie kojąco. Zawsze taki był. Był, kiedy go najbardziej potrzebowałem. Czy tak właśnie postępują przyjaciele?

On był dla mnie wszystkim.

 - Już, już spokojnie. Michał, proszę, jestem tutaj...

Dłoń Zbyszka powędrowała wyżej, muskając lekko mój podbródek. Czułem Jego ciepło, obecność, wsparcie. Wziąłem głęboki wdech porywając się na najbardziej zwariowaną rzecz jaką mogłem w życiu zrobić. Objąłem twarz Bartmana, brutalnie przywierając do Jego ust. Nie dałem mu chwili na reakcję, a przez moment miałem wrażenie, jakbym go w tym momencie wykorzystywał. Jego kolejny ruch rozwiał moje obawy. Pochylił się nieco i delikatnie musnął płatek mojego ucha. Ciepły dreszcz przeszył moje ciało, a w odpowiedzi mogłem tylko objąć go jeszcze mocniej.

- Tęskniłem za tobą – wyszeptał całując mnie w skroń. Wolną ręką zmierzwił moje włosy wtulając w siebie z całych sił.
















12 października 2012 roku
To był dla zielonookiego ciężki dzień. Miał za sobą nieudany trening, kolejną burę od trenera -  sam już nie wiedział którą, przestał liczyć. Bał się o Michała, nie miał z nim żadnego kontaktu. Odkąd poznał Ewę całkowicie postradał rozum. Za wszelką cenę chciał o nim zapomnieć. Każdego dnia wmawiał sobie, że to wszystko, co czuje, to tylko jego chory wymysł. Nigdy nie kierował się sercem i teraz też nie powinien. Ale nie potrafił inaczej. 
Wszędzie słyszał jego śmiech widział to rozbiegane z ekscytacji spojrzenie po każdym kolejnym meczu. Iskierki przygnębienia jak i wybuchy radości w jego oczach były na porządku dziennym. Nie było wieczoru, kiedy nie myślał o tym, co Kubiak czuje. Właśnie w tym konkretnym momencie, kiedy on nie potrafił odnaleźć siebie w nowej rzeczywistości. Cały czas żałował swojej decyzji.
Z zamyślenia wyrwał go dzwonek do drzwi, jednocześnie przerywający błogą ciszę. Zbyszek przewrócił oczami i opadł na poduszkę licząc, że gość odejdzie. Wręcz przeciwnie, dołączyły do tego odgłosy pukania, ba,  walenia w ten kawałek drewna. Poderwał się z miejsca wypowiadając pod nosem wiązankę przekleństw, ale kiedy otworzył wiedział, że coś się stało. I to nie było nic dobrego.
Spojrzenie jego ojca mówiło wszystko. Nie musiał niczego dodawać. Wpatrywał się w syna z politowaniem, żalem, współczuciem i bólem, jakiego nie można w żaden sposób zdefiniować. Trzy słowa odbijały się echem w jego głowie. Zbyszek kiwał przecząco głową, tylko na tyle było go stać.

To nie było możliwe. 

To się nie dzieje naprawdę.


KONIEC
____________________________________________
Proszę, nie bijcie! Lubię niedopowiedzenia.
Czy coś nowego uda mi się naskrobać, to czas pokaże.
Przepraszam za to wyżej. Możecie czuć się rozczarowane i wcale się wam nie dziwię.